Tomek Ma?y Kotyla Jazz - rockowa P?ytoteka - Radio Centrum Rzesz?w pozdrawiam serdecznie:) Ostatnio zmieniony stycznia 5, 2007, 8:55 pm przez viator, łącznie zmieniany 3 razy Korespondencja muzyczna Piotr Rajszys (tekst i fotografie) 30 czerwca 2017 roku, w amfiteatrze Bemowskiego Centrum Kultury w Warszawie, miał miejsce niecodzienny koncert, legendarnej grupy jazz-rockowej SBB, założonej przez Józefa Skrzeka. Zespół wystąpił w oryginalnym składzie: Józef Skrzek, Antymos Apostolis i Jerzy Piotrowski. Gościnnie zagrał z nimi światowej klasy 02:00:29 - Andrzej Zaucha to jeden z najzdolniejszych wokalistów w historii polskiej muzyki rozrywkowej. Zapraszam do wysłuchania opowieści o jego miłości do m… Odc. 37: Andrzej Zaucha - Jazz to jest życie | [podcast biograficzny] | Listen Notes Grunge zazwyczaj charakteryzuje się „brudnym” brzmieniem gitar, które są zniekształcone za pomocą takich efektów jak overdrive czy audio feedback. Grunge łączy w sobie elementy hardcore punka oraz heavy metalu, chociaż niektóre zespoły kładły większy nacisk na konkretne brzmienie któregoś z nich [1]. Grunge prezentuje Andrzej Zaucha i Sounds. Występ w ramach obchodów 15-lecia Jazz Clubu w Jaszczurach (16.06.1987). Zespół w składzie: Jarosław Śmietana /gitara elektryczna/, Janusz Szrom jest „notorycznym” laureatem prestiżowego plebiscytu Jazz Forum i jako Jazzowy Wokalista Roku swą przebogatą – bo obejmującą ponad 40 płyt – dyskografią deklasuje wielu śpiewaków tzw. muzyki rozrywkowej. Jest nie tylko doskonałym wokalistą, ale także kompozytorem, aranżerem i dyplomowanym (doktor habilitowany sztuki muzycznej) pedagogiem. Artysta obecny jest Gatunek. rock, hard rock. Aktywność. 1980–1984. od 1999. Cytaty w Wikicytatach. Strona internetowa. Bank – polski zespół rockowy założony w 1980 roku w Środzie Śląskiej k. Wrocławia . Ax4Af. mar 29 2019 Oprac. Ewa Kałużna, fot. Andrzej Rumianowski Dziś obchodziłby swoje 68. urodziny wirtuoz gitary jazzowej, charyzmatyczny bandleader, pomysłodawca niezliczonych akcji i projektów, jeden z najlepszych gitarzystów w Polsce i w Europie. Odszedł 6 lat temu, w wieku 62 lat, przegrywając walkę z rakiem… JAROSŁAW ŚMIETANA (ur. 29 marca 1951, zm. 2 września 2013), gitarzysta jazzowy, kompozytor, aranżer, okazjonalnie wokalista, a także pedagog. Był jedną z centralnych postaci polskiego jazzu. W ankiecie czytelników „Jazz Forum” przez ponad trzy dekady bezdyskusyjnie wygrywał, jako najlepszy gitarzysta jazzowy. „Nie był nowatorem, nie stworzył odrębnego idiomu wypowiedzi, ale miał własne, rozpoznawalne brzmienie, które było syntezą jego rozległych zainteresowań i inspiracji. Wychowany na muzyce beatowej i R&B, stał się championem jazz-rocka, a potem szedł ścieżką hard bopu i mainstreamu, ogarniając całą tradycję jazzu” Po jednym z koncertów Jarka Śmietany napisano w „Jazz Forum„: „Wszystkie dźwięki bezbłędnie trafiają tu w swój czas i miejsce. Nie ma zbędnego gadulstwa ani efekciarskich popisów. Jest za to jazzowy koncert najwyższej próby. Każda fraza swinguje, ma odpowiedni drive i feeling. Tak w skrócie można scharakteryzować muzykę Jarka Śmietany – jednego z najwybitniejszych i najbardziej dynamicznych polskich muzyków jazzowych” (Leszek Kotarski). Wyśmienity muzyk używał imienia w formie zdrobnienia – Jarek Śmietana. Tak właśnie zapisano w jego metryce urodzenia, i tak wypisywano mu szkolne świadectwa, co go irytowało, bo chciał być poważnym Jarosławem. Został nim na świadectwie maturalnym, a potem obu form imienia używał wymiennie. Urodził się w Krakowie, i z tym miastem był związany całe życie. W czasach szkolnych Jarek grał w zespołach beatowych. Jego wczesne fascynacje to: The Animals, The Beatles, John Mayall & The Bluesbreakers, Cream, Eric Clapton, Jimi Hendrix, King i Santana, a potem gwiazdy jazzu nowoczesnego – Wes Montgomery, Kenny Burrell, George Benson, John McLaughlin, John Scofield, John Abercrombie, Mike Stern. Uwielbiał zarówno Johna Coltrane’a, Milesa Davisa, jak i Ornette’a Colemana, któremu zadedykował jedną z płyt. Karierę muzyczną rozpoczął od otrzymania wyróżnienia na festiwalu Jazz nad Odrą w 1972, na którym wystąpił z amatorską grupą bluesową Hall. „Jestem postrzegany jako muzyk jazzowy, ale cała moja kariera zaczęła się od zespołu bluesowego, który powstał pod koniec lat 60. Graliśmy wówczas repertuar: Alberta Kinga, Kinga, Johna Mayalla z płyty „Bluesbreakers” i Hendriksa. Od tego zacząłem. Później dopiero zainteresowałem się jazzem – na kolejne czterdzieści lat” – mówił Jarek Śmietana w jednym z wywiadów, przy okazji festiwalu Bluesroads. Ukończył Wydział Jazzu i Muzyki Rozrywkowej PWSM w Katowicach. Potem sam został pedagogiem – wykładał w Krakowskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. W latach późniejszych wykładał również na Uniwersytecie Bilkent w Ankarze w Turcji. Przez wiele lat uczył także na letnich warsztatach jazzowych w Chodzieży i Puławach. Za swój oficjalny debiut Śmietana uznawał nagranie z formacją Klaus Lenz Big Band płyty „Live at Jazz Jamboree ’74„. W czasie studiów grał w Big Bandzie Katowice. Wystąpił z nim na festiwalu Jazz nad Odrą w latach 1975-1976, na Jazz Jamboree w 1975, na festiwalu w Pradze w 1977, a także na koncertach w USA w 1978. Nagrał z tą formacją cztery płyty. Przez kolejne osiem lat współpracował z kwartetem Janusza Muniaka, zaś w latach 1979-1980 – z wybitnym skrzypkiem, Zbigniewem Seifertem. W listopadzie 1978 uczestniczył w ostatniej trasie koncertowej Zbigniewa Seiferta – „Kilimanjaro” W latach 1974-1981 był liderem formacji Extra Ball, która stała się prawdziwą sensacją festiwalu Jazz nad Odrą w latach 1974 i 1975, jako najlepsza w Polsce grupa jazz-rockowa tamtej dekady. Był to zespół stricte jazzowy. W pierwszym składzie grali studenci Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej PWSM w Katowicach: Andrzej Pawlik – gitara basowa, Piotr Prońko – saksofon barytonowy, Benedykt Radecki – perkusja, Władysław Adzik Sendecki – fortepian, oraz Jarosław Śmietana – gitara, lider. Skład zespołu ulegał licznym zmianom, zwłaszcza od 1976, a liczba grających w nim muzyków wahała się od czterech do sześciu. W formacji tej grali perkusiści Jacek Pelc, Marian Bronikowski, Jan Budziaszek i Marek Stach, kontrabasiści Jan Cichy, Antoni Dębski i Zbigniew Wegehaupt, saksofonista altowy Jerzy Główczewski, pianiści Wojciech Groborz i Robert Obcowski, trębacz Adam Kawończyk, saksofonista tenorowy i sopranowy Andrzej Olejniczak oraz wokaliści Stanisław Sojka i Andrzej Zaucha. Na instrumentach perkusyjnych grał Jose Torres. Ponadto z Extra Ball współpracowali Czesław Bartkowski – perkusja, Jerzy Jarosik – saksofon tenorowy i flet, Henryk Miśkiewicz – saksofon altowy, Janusz Muniak – saksofon tenorowy, sopranowy i flet, Jan Ptaszyn Wróblewski – saksofon tenorowy. W latach 1975-1976 zespół brał udział w prestiżowych imprezach jazzowych, występował na Jazz Jamboree, koncertował też za granicą – w Czechosłowacji, Holandii, Niemczech i Związku Radzieckim. W drugiej połowie lat 70. Extra Ball dokonał licznych nagrań dla radia i telewizji. Występował na Jazz Jamboree w latach 1979-1981 i 1983. Na początku lat 80. zespół wyjechał do USA, gdzie brał udział w festiwalu jazzowym, a potem przez trzy miesiące występował w amerykańskich uniwersytetach oraz klubach jazzowych. Pobyt w Stanach zwieńczony został odwiedzinami u Milesa Davisa w jego domu w Nowym Jorku. Ostatnim znaczącym przedsięwzięciem formacji było przygotowanie specjalnego programu jubileuszowego na 10-lecie istnienia Extra Ball w 1984. Program ten prezentowany był podczas koncertów w różnych miastach. Wkrótce potem Extra Ball zakończył swoją działalność. Dyskografia Extra Ball z Jarkiem Śmietaną: 1976 „Birthday” 1977 „Aquarium Live No 3” 1978 „Extra Ball” 1979 „Go Ahead” 1981 „Mosquito” 1984 „Akumula-Torres” Kolejną formacją Śmietany był zespół Sounds (od 1984) – początkowo big band, później kwintet, kwartet lub trio, skupiające czołówkę polskich jazzmanów. Zespół brał udział w licznych koncertach i festiwalach jazzowych, występował prawie we wszystkich krajach Europy oraz w Indiach, Kanadzie i USA. W składzie, obok lidera, znaleźli się Antoni Dębski na gitarze basowej, Jacek Pelc na perkusji i Jan „Ptaszyn” Wróblewski na saksofonie, którego po kilku miesiącach zastąpił Piotr Baron. Wizytówką grupy stała się płyta „Sounds Colors” z 1990, wydana przez zachodnioniemiecką wytwórnię Wipe. Chociaż grupa cieszyła się wielką popularnością, zwłaszcza na zachodzie Europy, w 1992 lider rozwiązał skład. Jeszcze tego samego roku Śmietana otworzył nowy rozdział w swojej działalności, nagrywając wspólnie z Andrzejem Cudzichem i belgijskim perkusistą Felixem Simtainem znakomitą płytę „Cooperation„. Jarosław Śmietana rozpoczął tworzenie składów mniej stabilnych, często międzynarodowych, z myślą o doraźnych projektach muzycznych, takich, jak trasy koncertowe czy sesje nagraniowe. Ich trzon stanowili sprawdzeni wcześniej muzycy – Piotr Baron na saksofonie, Andrzej Cudzich na kontrabasie i Adam Czerwiński na perkusji. Pod koniec lat 90. okazjonalnie występował z niemieckimi czołowymi muzykami – Wolfgangiem Engsfeldrem i Peterem Weissem, a także z polsko-austriacką formacją Groove Band. Współtworzył także formacje takie, jak Namysłowski-Śmietana Quartet, Symphonic Sound Orchestra oraz Polish Jazz Stars, skupiający czołówkę polskiego jazzu. Jako lider własnych zespołów, angażował na koncerty i nagrania płytowe wielkich amerykańskich muzyków, jak Art Farmer, Freddie Hubbard, Eddie Henderson, Joe Zawinul, Gary Bartz, Carter Jefferson, Vince Mednoza, John Abercrombie, Hamiet Bluiett, Idris Muhammad, Ronnie Burrage, Harvie Swartz, Bennie Maupin, Mike Stern, Cameron Brown czy Steve Logan. Ulubionym partnerem muzycznym Jarka Śmietany był mistrz organów Hammonda, Wojtek Karolak, a jego nadwornym perkusistą przez ponad 20 lat – Adam Czerwiński, zaś wcześniej Jacek Pelc – Śmietana / Karolak / Czerwiński – „Polish Standards” Full Album 2007 Śmietana / Karolak / Czerwiński – „To ostatnia niedziela” („Last Sunday”) from album „Polish Standards” Do kręgu stałych współpracowników należeli także amerykańska pianistka i wokalistka Karen Edwards, izraelski basista Yaron Stavi i australijski wokalista-saksofonista, Billy Neal. Z Nealem, Karolakiem i Czerwińskim Jarek nagrał swoją ostatnią płytę – „Live at Impart„. Współpracował z Ewą Bem, Grażyną Łobaszewską, Andrzejem Zauchą, Andrzejem Dąbrowskim (płyta „A Time for Love”), Cezariuszem Gadziną („Meeting Point„), Wojciechem Karolakiem („Phone Consultations”), Sławomirem Kulpowiczem („Prasad In Mangalore„), Henrykiem Majewskim („Continuation„), Zbigniewem Namysłowskim, Zbigniewem Paletą („Vis à Vis„), Zbigniewem Seifertem („Kilimanjaro Vol. 1-2„), Tomaszem Szukalskim („Tomasz Szukalski – Jarek Śmietana Quartet„), Michałem Urbaniakiem, Janem „Ptaszynem” Wróblewskim („Grand Standard Orchestra Jan Ptaszyn Wróblewski, Vol. 2„). Od 1994 współpracował głównie z jazzmanami światowej sławy, z którymi nagrał szereg płyt. Należeli do nich John Abercrombie („Speak Easy„), Gary Bartz („African Lake„), Ronnie Burrage („You Never Know„), Karen Edwards („Everything Ice„), Art Farmer („Songs and Other Ballads” oraz „Plays Standards„), Eddie Henderson („Live at Jazz Jamboree„), Nigel Kennedy („Live at Cracow Philharmonic Hall„), Benny Maupin („A Story of Polish Jazz„), Idris Muhammad („Jarek Śmietana Trio„), John Purcell („Out of The Question, Not Two„) oraz Brad Terry („Plays Gershwin” i „Plays Ellington„). Współpracował także z takimi jazzmanami, jak Greg Bandy, Hamiet Bluiett, Cameron Brown, David Friedman, David Gilmore, Freddie Hubbard, Carter Jefferson, Lee Konitz, Andy McKee, Vince Mendoza, John Scofield, Mike Stern, Harvie Swartz, Jack Williams i Joe Zawinul. Od 2002 współpracował ze skrzypkiem jazzowym światowej sławy, Nigelem Kennedym, dla którego napisał „Suitę jesienną” („Autumn Suite„) – 5-częściowy utwór orkiestrowy na klasyczny kwintet dęty i kwintet jazzowy Śmietana uczestniczył w światowych występach Kennedy’ego, gdzie wspólnie prezentowali repertuar Jimmiego Hendriksa. Jako wielki miłośnik jazzu, stworzył, wspólnie z Jackiem Pelcem, historię polskiego jazzu w pigułce – „A Story of Polish Jazz” „Nikt wcześniej nie przedstawił historii naszego jazzu w tak oryginalnej, dowcipnej, a jednocześnie wysoce artystycznej postaci. Świetny tekst, muzyka, brzmienie, plus bardzo zgrabnie uchwycona konwencja polskiego hip-hopu” – napisał w recenzji Paweł Brodowski. „A Story of Polish Jazz” w nagraniu płytowym składa się z 14 zwrotek, przedzielonych czterotaktowymi chorusami improwizujących solistów. Każdą zwrotkę puentuje nazwisko głównej postaci w danym momencie historii. Wymieniony muzyk wychodzi na scenę na swoje solo w symbolicznych czterech taktach. Natomiast w wersji koncertowej wszyscy mogli wypowiedzieć się do woli, w długich formach, w zaproponowanym przez siebie utworze. „A Story of Polish Jazz” otwiera tytułowy utwór, w którym dwóch raperów – Guzik i Bzyk – przedstawia napisaną przez Śmietanę „kieszonkową historię polskiego jazzu„. Pomiędzy wersami, charakteryzującymi przedstawicieli starszej i średniej generacji, pada tam prawie 80 nazwisk muzyków i zasłużonych dla jazzu działaczy, oraz pojawiają się krótkie solówki wielu wybitnych postaci polskiej sceny jazzowej. Płyta z nagraniem ukazała się na początku 2005, i miała premierową prezentację sceniczną w Krakowie, w kinie Kijów. Latem 2005 „” wykonane zostało w obsadzie All Stars na festiwalu Jazz w Lesie w Sulęczynie, a w grudniu – w Warszawie, w Studiu S-1 im. Witolda Lutosławskiego, uświetniając jubileusz 40-lecia „Jazz Forum„. Kilka lat później ( 4 października 2009 r.) odbył się pamiętny koncert w Filharmonii Narodowej, podczas którego wystąpili niemal wszyscy bohaterowie „A Story of Polish Jazz„, a wydarzeniu towarzyszyła wystawa portretów ze zbiorów archiwalnych oraz ponad 60 zdjęć żyjących muzyków, autorstwa Andrzeja Rumianowskiego, który postawił sobie za cel odszukać wszystkich bohaterów i dotrzeć do nich z aparatem. Kolekcja portretów gwiazd polskiego jazzu wystawiona została w foyer Filharmonii, a także towarzyszyła muzyce w formie slajdów, wyświetlanych na dwóch dużych ekranach nad sceną. Ekspozycja była oczywiście tylko pretekstem i ozdobą koncertu, gdyż jeśli chodzi o jazz, to najważniejsza jest przecież sama muzyka. Na scenę wyszło z instrumentami kilkunastu muzyków – gwiazdy polskiego jazzu, wspierająca ich sekcja rytmiczna oraz dwóch raperów z Nowej Huty, tych samych, co na płycie, skandujących rymowaną historię jazzu – Bzyk i Guzik Śmietana był laureatem wielu nagród, został uhonorowany statuetką Baranka Jazzowego – nagrodą, przyznawaną podczas Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy pod Baranami, wybitnym artystom, związanym z historią jazzu. W 1998 został nagrodzony Fryderykiem za album „Songs and Other Ballads” O swojej twórczości powiedział w wywiadzie dla PAP: „Jestem otwarty na każdy gatunek muzyki i staram się poznawać wszystko, co ciekawe. Muzyk musi być przecież osłuchany z możliwie jak najszerszym spektrum muzyki. Najbardziej jednak kocham muzykę z lat 60. czy 70. I nie dam sobie powiedzieć, że wymyślono potem cokolwiek lepszego. Nie ma lepszego gitarzysty blues-rockowego od Jimiego Hendriksa, nawet jeśli są tacy, którzy grają szybciej od niego. Szybkich gitarzystów jest mnóstwo, a gitarzystów z duszą – niewielu”. Jarosław Śmietana skomponował ponad dwieście tematów jazzowych, ukazało się ok. 40 płyt z jego udziałem, z których najnowsze to: „Psychedelic. Music of Jimi Hendrix” (2009; Nigel Kennedy, Maciej Sikała, Wojciech Karolak, Paweł Mąciwoda, Krzysztof Dziedzic) „A Tribute to Zbigniew Seifert” (2009; Didier Lockwood, Krzesimir Dębski, Christian Howes, Mark Feldman, Maciej Strzelczyk, Adam Bałdych, Pierre Blanchard, Mateusz Smoczyński, Zbigniew Wegehaupt, Adam Czerwiński, Janusz Grzywacz, Piotr Wyleżoł, Sławomir Berny) „I Love the Blues” (2011; Bill Neal, Wojciech Karolak, Karen Edwards) „Live at Impart” (Jarosław Śmietana & Bill Neal, 2012) „I Believe (Bill Neal feat. Jarosław Śmietana, 2013) Pełną dyskografię Jarka Śmietany można znaleźć na fan blogu W 2012 ukazało się 3-płytowe wydawnictwo, zawierające trzy różne płyty Jarka Śmietany, reedycje z lat 80. i 90., w zupełnie nowej szacie graficznej, zremasterowane i doskonale brzmiące. Tytuły zawarte w trójpaku to wspomniana wyżej płyta ”Sounds Colors”, a także albumy „Flowers in Mind” oraz „Talking Guitar„. Płyta ”Sounds Colors” często mylona jest z – wydaną jako Polish Jazz Vol. 73 – ”Sounds & Colours”. To jednak różne płyty i nagrania z zupełnie innych sesji. Album ”Sounds Colors” ukazał się w 2012 w Polsce po raz pierwszy. Pierwotnie była to płyta, wydana na początku lat 90. przez niemiecką firmę Wipe. Wprawdzie trzy tytuły utworów z obu płyt pokrywają się – ”Sounds and Colors / Colours”, ”Okapi, Pekari, Karibu” oraz ”Try to Make It Better” – lecz utwory zostały zarejestrowane podczas różnych sesji. Płyta ”Sounds & Colours” była zarejestrowana w marcu i kwietniu 1987 w studiu Polskich Nagrań, natomiast sesja do ”Sounds Colors” miała miejsce w dniach 15-30 stycznia 1990, w Studiu Kraków. Krążek ”Sounds Colors” został nagrany w składzie: Jarek Śmietana – gitary, instr. klawiszowe Piotr Baron – saksofony, instr. klawiszowe Antoni Dębski – gitara basowa, kontrabas Jacek Pelc – perkusja oraz gościnnie: Janusz Grzywacz – instr. klawiszowe, zaś płyta „Sounds & Сolours” w składzie: Antoni Dębski – bass, synthesizer Jacek Pelc – drums, percussion, cymbal Jarosław Śmietana – electric guitar, acoustic guitar, keyboards, voice Piotr Baron – saxophone tenor & soprano, clarinet, keyboards „Sounds & Сolours” 1987 Full Album Jarosław Śmietana przez dość długi czas walczył z rakiem mózgu. Był jednym z najbardziej aktywnych i zapracowanych muzyków polskiej sceny jazzowej, jednak jesienią 2012 pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia, słabnąca dyspozycja, bóle głowy, drętwienie ręki. Już w nie najlepszej formie był na koncertach listopadowych 2012 w Chicago. Grudniowa sesja z Nigelem Kennedym w studiach Abbey Road w Londynie zupełnie nie udała się. Były jeszcze noworoczne koncerty z Karen Edwards w Zakopanem i Jaworkach. I wreszcie ten zupełnie ostatni koncert – 12 stycznia 2013 w klubie „Blue Note” w Poznaniu. Miało to być tournee z Andrzejem Olejniczakiem, Adamem Czerwińskim i Adamem Kowalewskim. Do następnego koncertu już nie doszło. Tomografia mózgu potwierdziła straszną diagnozę – rak mózgu. 21 stycznia 2013 odbyła się operacja w Bydgoszczy, po której pozostał niedowład lewej strony ciała. Jarka czekała wielomiesięczna rehabilitacja w szpitalu. Wiadomość o jego chorobie mobilizowała środowisko. Koledzy-muzycy organizowali na rzecz Jarka koncerty w Warszawie, Krakowie, Lwowie, a nawet w Chicago. Bylo to prawdziwe pospolite ruszenie, oznaka środowiskowej solidarności. Koledzy chceli pomóc Jarkowi, dodać otuchy, okazać sympatię i podziękować. W dniach 15-16 kwietnia 2013 przyjaciele zorganizowali koncert charytatywny „Gramy dla Jarka” w warszawskim Teatrze Capitol. Wystąpili wówczas Wojciech Karolak, Michał Urbaniak, Zbigniew Namysłowski, Andrzej Jagodziński, Marek Bałata, Jan Ptaszyn Wróblewski, Piotr Wrombel, Piotr Lemański, Paweł Perliński, Marek Napiórkowski, Krzysztof Herdzin, Leszek Kułakowski, Jerzy Małek, Kuba Stankiewicz, Paweł Kaczmarczyk, Joachim Mencel, Ewa Bem i wielu innych – Full Concert cz. 1 cz. 2 Ostatnie dwa miesiące życia Jarek Śmietana spędził u siebie w domu, pod troskliwą opieką rodziny. Czuwały przy nim żona Anna i córka Alicja. Jarosław Śmietana zmarł 2 września 2013, u siebie w domu w Krakowie. Odszedł po wielomiesięcznej walce z nieuleczalną chorobą, wskutek powikłań po operacji usunięcia guza mózgu. Miał 62 lata. 13 września 2013 prochy Jarka Śmietany spoczęły w Alei Zasłużonych na krakowskim Cmentarzu Rakowickim. Pośmiertnie został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. [*] „Od momentu wykrycia guza mózgu i operacji, którą przeszedł w styczniu, Jarek był sparaliżowany. Spodziewaliśmy się najgorszego, ale moment jego odejścia jest wielkim szokiem dla środowiska polskiego jazzu. W chwili śmierci Jarek miał 62 lata. Był jeszcze młody wiekiem i – przede wszystkim – młody duchem. Był jednym z najbardziej aktywnych muzyków jazzowych, pomysłodawca rozlicznych projektów. Prowadził swój zespół, big band, nagrywał z orkiestrami symfonicznymi, z łatwością nawiązywał kontakty z muzykami amerykańskimi Skupiony na pracy i zarazem rozpędzony, był siłą napędową polskiego jazzu. Był świetnym kompozytorem. Jego muzyka była nasycona bluesem, miała ekspresję rocka i była bardzo komunikatywna” – powiedział Paweł Brodowski po śmierci Jarosława Śmietany „To wielka strata dla polskiej kultury. Odszedł jeden z ostatnich takich charyzmatycznych liderów, których w obecnej sztuce jazzowej już niewielu zostało, potrafiących narzucić swój styl. On na pewno był jedną z takich osób, nadających ton nie tylko jazzowi krakowskiemu, ale i polskiemu. Wywarł również duży wpływ na postrzeganie muzyki jazzowej. Uczył, jak sprzedawać muzykę jazzową, żeby była zrozumiała dla ludzi niekoniecznie lubiących jazz. On potrafił łączyć gatunki bluesa, jazz-rocka, i to jest jego wielka zasługa. Był też – o czym mało kto wie – chyba najbardziej znanym jazzmanem w rejonie Zatoki Perskiej, gdzie występował na festiwalach jazzowych, organizowanych tam przeze mnie od 20 lat. Dla mnie bardzo ważna osoba, która od samego początku współtworzyła Letni Festiwal Jazzowy w Krakowie” – skomentował Witold Wnuk „Dzisiaj o 17:15 odszedł do Pana mój Dowódca z Wietnamu. Nikt Go nie zastąpi. Do zobaczenia, mój Bracie…” – napisał na profilu społecznościowym Piotr Baron, saksofonista jazzowy, przyjaciel Jarosława Śmietany. Piotr Baron jest znakomitym jazzowym saksofonistą, tak jak znakomitym gitarzystą był Jarosław. Obaj – wizytówka polskiego jazzu. Tworzyli razem projekt Sounds Wacław Krupiński na portalu napisał o Jarosławie Śmietanie: „W 1970 usłyszał płytę „Bitches Brew” Milesa Davisa. Ona rozstrzygnęła o wszystkim. Wtedy nie mógł przewidzieć, że dekadę później, podczas pobytu w Nowym Jorku, spędzi u genialnego trębacza wiele godzin. Podczas jednej z rozmów wyznał mi: „To był punkt zwrotny w moim myśleniu o muzyce. To Miles utwierdził mnie w przekonaniu, że bez względu na krytykę i opinie ludzi, należy tworzyć własną muzykę, i robić to, o czym jest się przekonanym, że jest dobre. To była najważniejsza nauka z tego spotkania – że trzeba być uczciwym wobec siebie, nawet jeśli popełnia się błędy”. Posłuchajmy: „Bieganie po Manhattanie / Manhattan Jogging” z albumu „Talking Guitar” 1984 Jarosław Śmietana – electric guitar Wojciech Groborz – fender piano Antoni Dębski – bass guitar Jacek Pelc – drums, percussion Jerzy Bartz – conga, percussion Henryk Miśkiewicz – alto saxophone Zbigniew Jaremko – tenor saxophone Henryk Majewski, Robert Majewski – trumpet Roman Syrek – trombone Jan Baytel – flute „Georgia” – Andrzej Zaucha & Jarosław Śmietana @ Festiwal Standardów Jazzowych, Live in Siedlce 1991 Jarek Śmietana International Quintet – Jazz Jamboree 1994 Jarosław Śmietana – gitara Eddie Henderson – trąbka Piotr Baron – saksofon tenorowy Andrzej Cudzich – kontrabas Greg Bandy – perkusja Jarosław Śmietana „Czarny Orfeusz” („Black Orfeus”) 2009 Jarek Śmietana & John Abercrombie – „Forest Power” 2009 Jarosław Śmietana feat. Z-Star – „Psychedelic – Music of Jimi Hendrix” Live 2010 Jarek Śmietana Band – „Little Wing” Live @ Festiwal Bluesroads 2010 Jarek Śmietana Band – „Need Your Love So Bad” Live @ Festiwal Bluesroads 2010 „Power of Trio” (Jarosław Śmietana, Krzysztof Ścierański, Adam Czerwiński), Live in Hotel Prezydent Krynica-Zdrój 2011 Śmietana, Ścierański, Czerwiński, Neal – „Little Wing”, Live in Studio im. Agnieszki Osieckiej 2011 Jarek Śmietana – Zaduszki Jazzowe, Live in Chicago 2012 archiwum_x, Index-Down, URODZINY • Krakowska grupa jazz-rockowa, której wokalistą był Andrzej Zaucha krzyżówka krzyżówka, szarada, hasło do krzyżówki, odpowiedzi, Źródła danych Serwis wykorzystuje bazę danych plWordNet na licencji Algorytm generowania krzyżówek na licencji MIT. Warunki użycia Dane zamieszczone są bez jakiejkolwiek gwarancji co do ich dokładności, poprawności, aktualności, zupełności czy też przydatności w jakimkolwiek celu. Był jednym z najpopularniejszych polskich piosenkarzy przełomu lat 80. i 90., a także aktorem i artystą kabaretowym. Grał na perkusji i saksofonie, swobodnie poruszał się po rocku, jazzie, popie, a nawet operze. Uchodził za duszę towarzystwa – Andrzej to był "man", sprawdzał się w sytuacjach ekstremalnych - mówią jego przyjaciele. Zginął zastrzelony przez francuskiego reżysera Yves’a Goulais – miał romans z jego żoną. 10 października 1991 roku, Kraków, wieczór po kolejnym przedstawieniu "Pana Twardowskiego" Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze STU. W głównej roli występuje piosenkarz Andrzej Zaucha, a partneruje mu między innymi związana z tym samym teatrem Zuzanna Leśniak-Goulais. Partneruje na scenie, a od niedawna także w życiu. Wszystko wskazuje na to, że Zaucha, dwa lata po śmierci żony Elżbiety, wychowujący samotnie nastoletnią córkę Agnieszkę, odnalazł szczęście. Dzieli go z Zuzanną różnica 16 lat. Leśniak-Goulais jest co prawda w związku małżeńskim, ale jej mąż, francuski reżyser Yves Goulais, już od niej usłyszał, że to koniec. Nie tylko usłyszał, gdyż o samym romansie dowiedział się, kiedy po powrocie z podróży do Szkocji zastał żonę z piosenkarzem w sytuacji niedwuznacznej. Uderzył go wtedy i powiedział "Będę musiał cię zabić". Później jeszcze kilka razy się odgrażał, że zabije Zauchę, ale nikt nie brał tego na poważnie. Chorobliwe zazdrosny o żonę Goulais dopada parę, kiedy ta zmierza w kierunku samochodu zaparkowanego przy ulicy Włóczków. Oddaje dziewięć strzałów z karabinka sportowego o kalibrze 5,6 mm. Kule najpierw trafiają Zuzannę, która próbuje zasłonić Zauchę, a po chwili jego samego. On umiera od razu, ona po reanimacji na Oddziale Torakochirurgii Szpitala im. Jana Pawła II. Tego samego wieczoru na miejscu zbrodni pojawia się Zbigniew Wodecki, przyjaciel artysty. - Zadzwonił do mnie gość o jedenastej, że "pana kolegę zastrzelili". Nie chciało mi się w to wierzyć. Pojechałem samochodem na miejsce i zobaczyłem leżącego Andrzeja. Zawsze wkładał pod kurtkę teczkę z tekstami, ale akurat tego dnia nie włożył. Może to by go uratowało. Mąż bramki nie uznał… Następnego dnia rano o zabójstwie dowiaduje się cała Polska – nie tylko fani artysty, których z każdym rokiem przybywało, ale także jego liczni znajomi, koledzy i przyjaciele. Andrzej Sikorowski, założyciel grupy Pod Budą, który z Zauchą i Krzysztofem Piaseckim występował od roku w kabarecie estradowym Sami, do dziś pamięta szok, jaki wywołała tragiczna informacja. - Myśmy żyli wtedy w innej rzeczywistości. Dzisiaj strzelanina uliczna nie budzi już takiego zdziwienia. W tamtym okresie było to coś tak zupełnie irracjonalnego, że nikt z nas nie był na to przygotowany. I on przyznaje, że dzisiaj być może do całej tragedii by nie doszło… - Nawet jeśli ten facet się odgrażał i mówił: "Ja ci pokażę", brało się to jako zwykłe gadanie. Dzisiaj prawdopodobnie zareagowalibyśmy inaczej. Podobne odczucia ma kolega z Sami, satyryk i dziennikarz Krzysztof Piasecki. - Wtedy nikt do nikogo na ulicy nie strzelał. Z tego, co my wiemy, Zuza była po rozmowach z mężem i powiedziała mu, że od niego odchodzi. Tylko że jak w tym dowcipie, w którym bramkarz radziecki nie uznał bramki, mąż uznał, że nadal jest mężem. Wyrok, jaki dostaje Francuz, jest szokująco niski – piętnaście lat. Sąd ogłasza, że Goulais jest winny umyślnego zabójstwa Andrzeja Zauchy i nieumyślnego spowodowania śmierci Zuzanny Leśniak (o jej śmierci dowiedział się dzień po tragedii). Na wysokość wyroku wpływ mają różne okoliczności, w tym fakt, że sam oddaje się w ręce policji. Z więzienia wychodzi 1 grudnia 2005 roku. Od przeboju do przeboju Andrzej Zaucha to artysta dziś już niestety trochę zapomniany. Albo może inaczej – niekoniecznie znany tym wszystkim, którzy urodzili się po jego śmierci. Chociaż trzeba zauważyć, że choćby dzięki Festiwalowi Pamięci Andrzeja Zauchy, organizowanemu od 2009 roku w Bydgoszczy przez byłego lekkoatletę Krzysztofa Wolsztyńskiego, ta sytuacja się zmienia. - W pewnym momencie panowała taka cisza w mediach o Andrzeju, że doszedłem z synem do wniosku, iż trzeba taki festiwal zorganizować – wspominał Wolsztyński. - A skoro nikt w Krakowie nie chciał nam pomóc w jego organizacji, zrobiliśmy go sami w Bydgoszczy, naszym rodzinnym mieście. Co roku mamy wielkie gwiazdy, w tym przyjaciół Andrzeja, a Opera Nova pęka w szwach. Staramy się też jeździć po Polsce z koncertami, by nie zapomniano, że kiedyś był u nas tak dobry artysta, jak Andrzej Zaucha. Zaucha, najkrócej mówiąc, nie był tylko piosenkarzem. Jako muzyczny samouk, z wykształcenia zecer, dysponował nie tylko wspaniałym głosem, ale także grał na różnych instrumentach, w tym na perkusji i saksofonie altowym. Świetnie radził sobie na scenie, w kabaretach czy przed kamerą. Wylansował takie przeboje jak "Czarny Alibaba" z repertuaru Heleny Majdaniec, "Siódmy rok", "Magia to ja", "Bądź moim natchnieniem", "C'est la vie – Paryż z pocztówki" czy "Baw się lalkami" – niezapomniane są także jego duety: "Rozmowa z Jędrkiem" z Andrzejem Sikorowskim i "Baby, ach te baby" z Ryszardem Rynkowskim, przeróbka szlagieru Eugeniusza Bodo. "Po co dubelka, jak jest dobrze?" - To był talent, który nie rodził się na kamieniu – przypominał Andrzej Sikorowski. - Grał dobrze na perkusji, saksofonie i na harmonijce, ale gdyby posiedział przy klawiaturze, też błyskawicznie by ją opanował. - Andrzej miał świetny warsztat – potwierdzał Krzysztof Piasecki. - Przesuwał się w kierunku jazzu, jeździł do Szwajcarii, gdzie dużo się nauczył. Krzysztof Haich, reżyser teledysków Andrzeja Zauchy, przypominał, że był on w stanie zaśpiewać wszystko. – Od opery, bo "Kur zapiał" można uznać za swego rodzaju operę, poprzez jazz, z którego na dobrą sprawę wyszedł, blues, rock i cały pop. Na dodatek błyskawicznie się wszystkiego uczył. Kiedy miał w Warszawie nagrać duet z Danutą Rinn, wsiadł do mercedesa, przyjechał i zrobił to bez jednego dubla, następnie od razu wrócił do Krakowa, bo miał przedstawienie. W studiu padło tylko pytanie: "Dubelka?". "Po co dubelka, jak jest dobrze?". Zwierzę sceniczne, zwierzę estradowe Zbigniew Wodecki podkreślał, że Zaucha wcale nie potrzebował muzycznego wykształcenia, gdyż miał wszystko "we krwi". - I głos, i swing, i takt - wyliczał. - Nut nie znał, ale grał na bębnach, na saksofonie się uczył, ale przede wszystkim miał "śpiewanie". Wiedział wszystko, co trzeba. Miał feeling, świetną barwę głosu, bardzo charakterystyczną. I pod koniec naprawdę zaczęło mu się zawodowo układać. Zagrał w filmie ["Trzy dni bez wyroku" Wojciecha Wójcika z 1991 roku – aut.], rolę drugoplanową, ale był w niej tak charakterystyczny, że gdyby to powstało w Hollywood, może i dostałby Oscara. To było takie zwierzę sceniczno-ekranowe. Jednocześnie miał wszystkie ludzkie cechy, w tym tremę. Bardzo się denerwował. Był bardzo prawdziwy w swoich przeżyciach. Obaj artyści poznali się jeszcze w końcówce lat 60., kiedy Zaucha śpiewał w krakowskim jazz-rockowym zespole Dżamble. – To znakomita kapela, grająca bardzo nowocześnie jak na tamte czasy, na dzisiejsze też – przypominał Wodecki. – Podziwialiśmy ją w Jaszczurach [krakowskim klubie Jaszczury – aut.]. Śpiewał świetnie, ale bardzo długo był niedoceniany przez środki masowego przekazu. Często jeździliśmy na wspólne koncerty, tak zwane chałtury, czasem po pięć dziennie, w różnych zakładach pracy. Czułem, że miał niedosyt, że chciałby być doceniany przez ludzi. Środowisko oczywiście wiedziało, że to świetny facet, muzykalny bardzo. Zabawa z "mlekami" Wodecki był w pewien sposób ojcem chrzestnym sukcesu Andrzeja Zauchy. Jak sam mówił, zrobił kiedyś coś, co koledze w karierze bardzo pomogło. - Pewnego razu, po nagraniu "Chałup ["Chałupy welcome to" – przebój Wodeckiego z 1986 roku – aut.] Rysiu Poznakowski postanowił napisać następny numer w tym klimacie, "Pij mleko" [oryginalny tytuł to "Baw się lalkami" – aut.]. Nie za bardzo chciałem już śpiewać tego typu numery, więc powiedziałem Poznakowskiemu, że znam świetnego gościa, który może to zrobić. Rysiu świetnie się wtedy zachował i pozwolił Andrzejowi to nagrać. To była pierwsza piosenka, która go wrzuciła na antenę. Ludzie zaczęli wreszcie słyszeć o Zausze. Andrzej Zaucha (ur. 12 stycznia 1949 w Krakowie) rzeczywiście musiał trochę poczekać na prawdziwą popularność. Muzyczny warsztat szlifował u boku jazzmanów, w tym Jarosława Śmietany, Michała Urbaniaka i Jana Wróblewskiego, grał też w grupach Beale Street Band i Playing Family. Wspomniane Dżamble, z którymi występował w latach 1968–1971, sprawiły, że w środowisku muzycznym zrobiło się o nim głośno – klasę artysty potwierdziła płyta Dżambli "Wołanie o słońce nad światem" z 1971 roku, a także wydana dwa lata później płyta "Anawa", nagrana z identycznie nazywającą się grupą. Zastąpił w niej samego Marka Grechutę. - Spotkałem kiedyś znajomego, który wrócił z jakiegoś festiwalu, gdzie grał ze swoim zespołem Romuald i Roman – wspominał Krzysztof Piasecki. - To był czas, kiedy rock zaczynał się w Polsce budzić, końcówka lat 60. I ten znajomy powiedział: "Wygraliśmy ten festiwal". Krótko potem zobaczyłem w gazecie, że na pierwszym miejscu byli Dżamble. Przy najbliższej okazji zapytałem kolegę, dlaczego stwierdził, że wygrali, skoro byli na drugim miejscu. A on na to: "Dżamble są poza konkurencją". I były. Kiedy usłyszałem, jak grają, dosłownie wbiło mnie w fotel. Wszystkie sukcesy, duże i małe Karierę solową Zaucha rozpoczął w 1980 roku, po paru latach zarobkowych występów zagranicznych, od udziału w śpiewogrze Katarzyny Gärtner "Pozłacany warkocz". W latach 80. występował jako perkusista Old Metropolitan Band, był też związany z formacjami rockowymi: Kasa Chorych, Grupa Doctora Q, Kwadrat. Pierwszy solowy album, "Wszystkie stworzenia duże i małe", ukazał się w 1983 roku. I chociaż piosenka tytułowa, duet z Ewą Bem, zdobyła sporą popularność, dopiero "Baw się lalkami", czyli wspomniane "Pij mleko" z krążka "Stare, nowe, najnowsze" (1987) uczyniło z Zauchy gwiazdę. Popularność piosenkarza podtrzymały takie piosenki, jak "Myśmy byli sobie pisani", "Bądź moim natchnieniem" i "C'est la vie – Paryż z pocztówki". W 1988 roku przebojem stał się utwór "Byłaś serca biciem", który trafił na pośmiertne wydawnictwo "Ostatnia płyta" (1993). Wcześniej ukazał się jeszcze anglojęzyczny album "Andrzej Zaucha" (1989), nagrany z big-bandem Wiesława Pieregorólki. Kac i zero choroby Scena to jedno, życie co innego. A to życie upływało Zausze na podróżach i spotkaniach towarzyskich. – Był duszą towarzystwa – zapewniał Zbigniew Wodecki, który nazywał zmarłego przyjaciela "człowiekiem bardzo otwartym i zarazem doskonałym kompanem do nocnych pogaduszek". - Świetnie się z nim gadało do rana, a potem wspólnie leczyło kaca. Myśmy to często robili, bo takie było życie. Wszyscy bardzo dużo kiedyś piliśmy. A na koniec jedliśmy śledzia, którego też trzeba było popić, by się nie zatruć. Wodecki zapamiętał trzy rejsy Stefanem Batorym po zatoce, każdy trwający po cztery dni. - Myśmy z Andrzejem, śpiąc w jednej kajucie, byli jak bracia. Pamiętam sztorm z taką falą, że wszyscy, włącznie z marynarzami, mieli chorobę morską. A myśmy przez te noce we troje z barmanem siedzieli przy barze i śpiewali kolędy na trzy głosy. Zero choroby. Dużo radości i uśmiechów Jak podkreślał Andrzej Sikorowski, Zaucha, choć był duszą towarzystwa, lubił się spotykać przede wszystkim w domach czy mieszkaniach, a nie w miejscach publicznych, jak kawiarnie czy restauracje. - Andrzej należał do "kameralistów", którzy nie lubią dużego tłumu ludzi, oczywiście poza koncertami. Był osobą popularną i świetnie umiał sobie radzić z popularnością restauracyjną, kiedy podchmieleni ludzie zaczepiali go i strasznie chcieli się z nim napić. Bardzo taktownie im odmawiał, ale wolał w ogóle takich sytuacji unikać. Lider grupy Pod Budą zwracał uwagę, że Zaucha nigdy się nie upijał. – Jego organizm chyba był tak wydolny, że do tego nie dochodziło. Przynajmniej nie było tego po nim widać. Był po alkoholu wylewny i przyjacielski, nie miał cienia agresji. Z nim się bardzo dobrze biesiadowało, wynikało z tego dużo radości, dowcipów, uśmiechów i przyjacielskich odruchów. Andrzej to był "man" - To był "man", jego się nie dało nie lubić – przyznawał Zbigniew Wodecki. - On był taki diabełek, ale nawet jeśli przegiął, potrafił przeprosić. W tego typu pracy, kiedy jeździ się po nocach i ma się różne stresy, każdemu zdarza się coś chlapnąć. Ale jeśli mu się zdarzyło parę razy, to na drugi dzień, jak sobie wszystko przemyślał, podchodził i stać go było, by powiedzieć: "Stary, przepraszam". - Wszyscy, z którymi realizowałem różnego rodzaju materiały, w tym również film, jaki zrobiłem po śmierci Andrzeja, mówią to samo: to był bardzo ciepły człowiek, z którym chciało się konie kraść – wspominał Krzysztof Haich. - Właściwie mało kto potrafił sobie go przypomnieć zdenerwowanego, niechętnego, opryskliwego. Andrzej nie znał chyba takiego stanu ducha. Szpakowaty facet z ładą Krzysztof Piasecki przytacza anegdotę, która może dobrze oddać poczucie humoru Andrzeja Zauchy. – Kiedyś występowaliśmy gdzieś na południu Polski, trzy dni z rzędu. Andrzej przyjechał tam żółtym mercedesem, a ja ładą samarą, którą on strasznie pogardzał, dając do zrozumienia, że to skandal, iż człowiek w ogóle do tego wsiada. Dla mnie, świeżo po maluchu, ta łada była jak porsche. Przy śniadaniu Andrzej Zaucha zaczął drążyć pewien temat. - Co chwilę pytał, czemu nie pojadę do znajdującej się nieopodal myjni samochodowej. Odpowiadałem, że "co ja będę mył, wtedy będzie przecież widać rdzę". A on na to: "Zobaczysz, jak elegancko auto będzie wyglądało". Następnego dnia pojechałem do tej myjni, dla świętego spokoju". - Wchodzę do myjni i mówię, że chciałbym wymyć samochód. "A jaki to samochód?" – słyszę pytanie. "Łada samara" – odpowiadam. "Łady nie myję". Okazało się, że Zaucha był tam wcześniej, zapłacił za mycie i powiedział, że jak zjawi się taki szpakowaty facet z ładą samarą, "niech pan powie, że łady nie myje". Panienki reagowały różnie Teledyski Andrzeja Zauchy, wyreżyserowane przez Krzysztofa Haicha, z pewnością miały wpływ na jego popularność. Bo były i nietypowe, i bardzo wesołe, i zarazem miały… fabułę. – Andrzej zawsze miał sporo własnych koncepcji, na ogół żartobliwych, którymi uzupełniał moje propozycje - mówi reżyser. Jako przykład podaje teledysk do "Baw się lalkami", czyli inaczej "Pij mleko". - O co innego chodziło autorowi tekstu, ale ja to wszystko przesunąłem w kierunku mleka, właściwie do dziś nie wiem, czemu – przyznawał Haich. - W momencie, kiedy powiedziałem o tym Andrzejowi, on wpadł na pomysł ubrania się w dość długi płaszcz i włożenia do wewnętrznych kieszeni butelek mleka. Takich szklanych, litrowych, jakie wtedy były. Powkładał po trzy butelki do lewej poły, trzy do prawej poły. Ujęcie, kiedy chodzi po rynku i rozchyla te poły, było dość kontrowersyjne, bo w normalnej rzeczywistości kojarzy się z zachowaniem dosyć ekshibicjonistycznym. Przyznaję, że panienki reagowały na początku różnie. "Ja nie chcę wyglądać staro…" Reżyser zapamiętał też zabawną scenę z pracy nad teledyskiem do "Julo, czyli Mus męski blues". – Kręciliśmy to we wnętrzu wielkiego TIR-a, który jechał po autostradzie, a w jego środku trwała balanga. Andrzej wcielił się w kierowcę, który zabierał po kolei autostopowiczki, więc w środku miał gromadkę pięknych dziewczyn. Oczywiście, kiedy kręciliśmy zdjęcia w środku, TIR stał na parkingu. Mieliśmy w nim podpięte światło, które w pewnym momencie padło. Wtedy Andrzej zainscenizował spontaniczną imprezę przy świecach. I w tych ciemnościach nagle zaczęło to być prawdziwe. Uznał pewnie, że to do niego należy utrzymanie atmosfery. Nie dość, że ją utrzymał, to jeszcze znakomicie podkręcił. - Andrzej jednak miał pewne ograniczania w swoich działaniach – przyznawał Haich. – Kiedy kręciliśmy teledysk "Magia to ja", wymyśliłem sobie, że go w pewnym momencie postarzę. Przysiwię włosy, dodam zmarszczek, zrobię takiego starszego Andrzeja. I on mi wtedy powiedział na stronie: "Słuchaj, nie róbmy tego, ja nie chcę wyglądać staro". Przypomniałem to sobie po tym dramacie październikowym i tak mi zostało w głowie, że nigdy nie zobaczymy starego Andrzeja. Ludzki człowiek Wesołe piosenki i teledyski, bogate życie towarzyskie, swojska dusza… To wszystko nie oddaje tego, jakim człowiekiem był Zaucha. Jak mówił Zbigniew Wodecki, na przyjaciela zawsze można było liczyć. - Andrzej miał fajną właściwość, że sprawdzał się w sytuacjach ekstremalnych. Kiedy coś się komuś waliło, piliło czy potrzebował pomocy, na Andrzeja można było liczyć. Jechał na nagłe zastępstwa, zawoził, wspierał. Ludzki człowiek, bardzo moralny, honorowy i lojalny. W 1989 roku na udar mózgu zmarła Elżbieta, żona Zauchy, z którą związał się jeszcze w szkole… Artysta, który został z nastoletnią córką Agnieszką, bardzo tę stratę przeżył. - Moja rodzina zajmowała się pogrzebem – wspominał artysta. - Staraliśmy się pomóc. Andrzej miał rozterki, czy w ogóle może śpiewać. Takie ludzkie. "Jak ja wyjdę na scenę i będę śpiewał Alibabę?". "Andrzej, to jest twoja robota. Jak byłbyś szewcem, to byś musiał dalej buty robić" – mówiłem mu. Trzeba go było długo przekonywać, żeby się przez tę traumę przebił. Była jego busolą… Jak wspomina Krzysztof Piasecki, śmierć żony Zauchy przewróciła życie piosenkarza do góry nogami także dlatego, że była ona osobą, która nadawała ton całemu małżeństwu – Wszystko było na jej głowie. Ela była jego busolą, nie miała zresztą wyjścia. On jeździł po świecie i zarabiał, ona zajmowała się domem i wychowaniem Agnieszki. Ale stanowili udane małżeństwo. Nigdy nie słyszałem o żadnych zdradach, żeby Andrzej miał inną kobietę, a w branży takie opowieści są na porządku dziennym. Ela trochę mu matkowała. I jak został sam, z dzieckiem, w ogóle nie wiedział, jak sobie radzić. Na dodatek Agnieszka była w okresie najtrudniejszym, była punkówą, pomalowała swój pokój na czarno. Nie wiedział, jak się wobec tego zachować. Po nagłej śmierci żony artysta bardzo zbliżył się do rodziny Andrzeja Sikorowskiego. Jak mówi, Zaucha potrzebował bliskości ludzi także ze względu na to, że wychowywał córkę. - Wcześniej obowiązki wychowawcze sprawowała jego małżonka. On był przecież ciągle poza domem. Taki jest nasz zawód, że cały czas jesteśmy gdzieś w drodze. I nagle spadł na niego dosyć poważny ciężar. Andrzej szukał bliskości, porady, jakiejś otuchy w tym całym nieszczęściu. I wtedy zaczęliśmy być blisko. "Byłby czynnym estradowcem" Wtedy właśnie powstało trio Sami, z Zauchą, Piaseckim i Sikorowskim. - Zaczęliśmy z tym programem, na początku bardzo mocno improwizowanym, jeździć po Polsce – wspominał lider Pod Budą. - Byliśmy ze sobą nie tylko w chwilach wolnych, ale w i pracy. Prawie żeśmy się nie rozstawali. - Czuję pewien żal do losu, że Andrzeja nie ma – przyznawał Andrzej Sikorowski. - Odnoszę wrażenie, że miałby cały czas sporo do zaśpiewania, ze względu na wyjątkowy talent wokalny, jakim go los obdarzył, i wyjątkową muzykalność. Myślę, że w dalszym ciągu byłby czynnym estradowcem, a może nawet udawałoby się czasami coś razem zaśpiewać. Andrzej Zaucha spoczął obok żony na cmentarzu Prądnik Czerwony (cmentarzu Batowickim) w Krakowie. Yves Goulais, który w więzieniu nakręcił kilka filmów dokumentalnych i ukończył filologię polską, nadal pracuje w branży filmowej, głównie jako scenarzysta, ale pod zmienionym nazwiskiem. Autor: -------------------------- paź 10 2021 Andrzej Zaucha & Dżamble – „Rambling on My Mind”, Live TV 1971 (zapowiada Andrzej Trzaskowski) Oprac. Ewa Kałużna. Fot. East News, Marek Karewicz, Grzegorz Rogiński, Krzysztof Widerski Andrzej Zaucha 1973Fot. East News Andrzej Zaucha 1983Fot. East News Andrzej Zaucha Opole 1986Fot. Marek Karewicz Andrzej Zaucha Andrzej ZauchaFot. Marek Karewicz ANDRZEJ ZAUCHA – WSPOMNIENIE w 30. ROCZNICĘ ŚMIERCI 10 października 1991, 30 lat temu, odszedł tragicznie w wieku 42 lat „najlepszy polski czarny głos”, wokalista R’n’B, rockowy, jazzowy i popowy, saksofonista, perkusista, a także aktor i artysta kabaretowy. Jego możliwości wokalne i różnorodność repertuaru budziły podziw, tym bardziej, że był muzycznym samoukiem. Miał swing we krwi. ANDRZEJ ZAUCHA (ur. 12 stycznia 1949, zm. 10 października 1991), oprócz wielkiego talentu, był wspaniałym człowiekiem, uwielbianym w środowisku, życzliwym, ciepłym, skromnym, zawsze uśmiechniętym, dowcipnym, pożądanym towarzysko. Zginął, śmiertelnie postrzelony przez zazdrosnego męża aktorki Zuzanny Leśniak, francuskiego reżysera, Yvesa Goulaisa. Marek Karewicz w swojej książce „Big Beat” napisał: „Moim zdaniem, a jest to dość powszechna opinia, Zaucha był jednym z najlepszych polskich wokalistów jazzowych w historii. Wspaniale śpiewał, świetnie improwizował, i do tego miał dobry „czarny głos”. Autentycznie czuł muzykę. Potrafił zagrać na wszystkim, co mu w ręce wpadło”. W młodości, Andrzej trenował kajakarstwo, wystąpił na mistrzostwach Polski, wygrywając je trzykrotnie. Był nawet typowany na olimpiadę. Świetnie też pływał i jeździł na nartach. Zwyciężyła jednak miłość do muzyki. „SERCA BICIE. BIOGRAFIA ANDRZEJA ZAUCHY„, 2020 15 września 2020, 29 lat od tragicznej śmierci muzyka, ukazała się książka „Serca bicie. Biografia Andrzeja Zauchy„, autorstwa Katarzyny Olkowicz i Piotra Barana. Autorzy biografii ujawnili w niej nieznane fakty z życia Andrzeja Zauchy. Andrzej Zaucha został zastrzelony 10 października 1991. O tym wydarzeniu media przypominają co roku, właśnie w październiku. Jednak dopiero teraz ukazała biografia artysty, która zagłębia się w jego życiorys i próbuje odpowiedzieć na pytania: Co go ukształtowało? Skąd brał się jego muzyczny geniusz? Co po nim pozostało? Czy musiało dojść do tej zbrodni? Autorzy, Katarzyna Olkowicz i Piotr Baran, dedykują książkę „tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z twórczością Andrzeja Zauchy, i, być może, na razie tylko domyślają się, jakim człowiekiem był naprawdę”. „Piosenki Zauchy są stale obecne w naszej kulturze. Jego ukochanym gatunkiem muzycznym był rhythm and blues, który wywodzi się z połączenia jazzu, bluesa i gospel. To serce i dusza współczesnej muzyki rozrywkowej. Wykonując po mistrzowsku piosenki, osadzone w tym nurcie, Zaucha potrafił odnaleźć się zarówno w jazz-rockowych Dżamblach, poetyckiej Anawie, popowych hitach z Opola, kabaretowym trio Sami, które tworzył z Andrzejem Sikorowskim i Krzysztofem Piaseckim, czy Big Bandzie Wiesława Pieregorólki. Wymieniać można w nieskończoność, bo dochodzą jeszcze projekty teatralne” – mówi Piotr Baran. „Młodzi ludzie, którzy wychowali się na dobranocce „Gumisie”, pamiętają, że każdy odcinek zaczynał się od piosenki, którą śpiewał właśnie Zaucha. Ich rodzice i dziadkowie cenią go za przeboje opolskie, kolędy, duety z ówczesnymi polskimi gwiazdami muzyki popularnej, czy nagrania z Dżamblami” – komentuje Katarzyna Olkowicz. Jaki był, gdy schodził ze sceny i zdejmował swoje słynne rekwizyty – ciemne okulary i arabską kefiję? „To właśnie interesowało nas najbardziej” – zdradza Katarzyna Olkowicz. „I, co ciekawe, choć od jego śmierci minęło tyle lat, współpracownicy, przyjaciele, bliscy, opowiadali nam o nim tak żywo, jakby jeszcze wczoraj wspólnie siedzieli przy stole, szusowali na nartach, robili sobie wzajemnie psikusy, pałaszowali sernik (jego ulubiony deser), wspierali go po nagłej śmierci żony, Elżbiety” – dodaje autorka książki ( Trudno chyba znaleźć lepsze słowa na opisanie życia Andrzeja Zauchy niż fragment piosenki „Serca bicie”. Żył pełną piersią, ciesząc się każdym dniem. Muzyczny samouk, z zawodu zecer, w młodości kajakarz, trzykrotny mistrz Polski. Ze sportu zrezygnował dla muzyki. Podczas swojej kariery, współpracował z największymi twórcami jazzu oraz popularnymi piosenkarzami, Andrzejem Sikorowskim i Ryszardem Rynkowskim. Kabareciarz i aktor. ŚMIERĆ ŻONY. RÓWNIA POCHYŁA „Andrzej Zaucha i jego żona, Ela, byli nierozłączni. Poznali się w młodzieżowej dyskotece Szopa w Krakowie. Ona miała 16 lat, on 17. Od tego momentu wiedzieli, że będą już zawsze razem. Oboje byli samotni, oboje mieli podobne dzieciństwo. I to ich wiązało. Ich uczucia były gorące, pełne emocji. Pasowali do siebie jak dwie połówki jabłka” – wspominał przyjaciel Andrzeja Zauchy, gitarzysta jazzowy, Jarosław Śmietana. W latach 80. w Krakowie wiedli prawdziwie artystyczne życie. Andrzej Zaucha występował w teatrze, grywał Pod Jaszczurami. „Całe noce spędzali na prywatkach, koncertach, występach. Mimo, że to on był gwiazdą, Ela decydowała o wszystkim. Mówiła mu, z kim i jak ma grać. Muzycy z zespołu Andrzeja byli oburzeni, ale tak było. On z każdą sprawą przychodził do żony” – mówią przyjaciele. Sielanka skończyła się, gdy pojawiły się poważne kłopoty ze zdrowiem Eli. Pod koniec sierpnia 1989 Elżbieta doznała groźnego udaru, zlokalizowanego przy pniu mózgu. 31 sierpnia 1989 zmarła. Zbigniew Wodecki: „Moja rodzina zajmowała się pogrzebem. Staraliśmy się pomóc. Andrzej miał rozterki, czy w ogóle powinien jeszcze śpiewać. To takie ludzkie. „Jak mogę wyjść na scenę i śpiewać Alibabę?”. „Andrzej, to jest twoja robota. Jak byłbyś szewcem, to musiałbyś dalej buty robić” – mówiłem mu. Trzeba go było długo przekonywać, żeby się przez tę traumę przebił”. Jak wspomina Krzysztof Piasecki, śmierć żony Zauchy przewróciła życie piosenkarza do góry nogami także dlatego, że była ona osobą, która nadawała ton całemu małżeństwu: „Wszystko było na jej głowie. Ela była jego busolą. Nie miała zresztą wyjścia – on jeździł po świecie i zarabiał, ona zajmowała się domem i wychowaniem Agnieszki. Ale stanowili udane małżeństwo. Nigdy nie słyszałem o żadnych zdradach, żeby Andrzej miał inną kobietę, a w branży takie opowieści są na porządku dziennym. Ela trochę mu matkowała. Gdy został sam, z dzieckiem, w ogóle nie wiedział, jak sobie radzić. Na dodatek, Agnieszka była w okresie najtrudniejszym, była punkówą, pomalowała swój pokój na czarno. Nie wiedział, jak się wobec tego zachować”. ZUZANNA LEŚNIAK „Andrzej był załamany śmiercią żony. Nie chciał żyć. Wszystko, co potem nastąpiło, zmierzało do tego, by dołączył do Eli. Potrzebował wsparcia, ale nie tylko takiego koleżeńskiego, kieliszkowo-alkoholowego” – podkreśla Andrzej Sikorowski. I wsparcie znalazło się. Andrzej poznał dużo od siebie młodszą aktorkę, Zuzannę Leśniak – ona 27, on 42. „Zuzanna była zafascynowana Andrzejem. Grali w tym samym spektaklu, potem zaczęli się niewinnie spotykać” – opowiadał Jarek Śmietana. 9 KUL z ZAZDOŚCI 10 października 1991, Kraków. Wieczór po kolejnym przedstawieniu „Pana Twardowskiego” w reż. Krzysztofa Jasińskiego w Teatrze STU. W głównej roli – piosenkarz Andrzej Zaucha. Partnerowała mu, związana z tym samym teatrem, Zuzanna Leśniak-Goulais. Partnerowała na scenie, ale także w życiu. Wszystko wskazywało na to, że Zaucha, dwa lata po śmierci żony Elżbiety, wychowujący samotnie nastoletnią córkę Agnieszkę, odnalazł szczęście. Leśniak-Goulais była co prawda w związku małżeńskim, ale mąż, francuski reżyser Yves Goulais, usłyszał już od niej, że to koniec. Yves od kilku lat podejmował w Krakowie próby tworzenia spektakli teatralnych. Wyjeżdżał kilka razy w roku za granicę na wiele tygodni. O romansie żony dowiedział się, kiedy, po powrocie z podróży do Szkocji, zastał Zuzannę z Andrzejem Zauchą w sytuacji jednoznacznej. Uderzył wtedy Andrzeja i powiedział: „Będę musiał cię zabić”. Później jeszcze kilka razy odgrażał się, że zabije Zauchę. Jednak nikt nie brał tego na poważnie. Chorobliwe zazdrosny o żonę, Goulais dopadł parę, gdy ta zmierzała w kierunku samochodu, zaparkowanego przy ulicy Włóczków. Oddał dziewięć strzałów z karabinka sportowego o kalibrze 5,6 mm. Kule najpierw trafiły Zuzannę, która próbowała zasłonić sobą Zauchę, a po chwili samego wokalistę. On umarł od razu, ona – po reanimacji w szpitalu. Ives zastrzelił ich z broni, którą nielegalnie nabył kilka dni przed morderstwem. Potem wsiadł do swojego samochodu i pojechał na komisariat policji, gdzie spokojnie opowiedział o wszystkim i oddał się w ręce policji. Tego samego wieczoru, na miejscu zbrodni pojawił się Zbigniew Wodecki, przyjaciel artysty: „Zadzwonił do mnie gość o jedenastej, że „pana kolegę zastrzelili”. Nie chciało mi się w to wierzyć. Pojechałem samochodem na miejsce i zobaczyłem leżącego Andrzeja. Zawsze wkładał pod kurtkę teczkę z tekstami, ale akurat tego dnia nie włożył. Może to by go uratowało”. Następnego dnia rano, o zabójstwie dowiedziała się cała Polska, nie tylko fani artysty, których z każdym rokiem przybywało, ale także jego liczni znajomi, koledzy i przyjaciele. Andrzej Sikorowski, założyciel grupy Pod Budą, który z Zauchą i Krzysztofem Piaseckim występował w kabarecie estradowym Sami, do dziś pamięta szok, jaki wywołała tragiczna informacja: „Myśmy żyli wtedy w innej rzeczywistości. Dzisiaj strzelanina uliczna nie budzi już takiego zdziwienia. W tamtym okresie było to coś tak zupełnie irracjonalnego, że nikt z nas nie był na to przygotowany. Być może, do całej tragedii nie doszłoby. Nawet, jeśli ten facet odgrażał się, brało się to, jako zwykłe gadanie. Dzisiaj prawdopodobnie zareagowalibyśmy inaczej”. WSPOMNIENIA Andrzej Zaucha to artysta dziś już niestety trochę zapomniany, lub raczej – niekoniecznie szeroko znany, szczególnie młodemu pokoleniu. Chociaż ta sytuacja zmienia się, dzięki Festiwalowi Pamięci Andrzeja Zauchy, organizowanemu od 2009 w Bydgoszczy, przez byłego lekkoatletę, Krzysztofa Wolsztyńskiego. „W pewnym momencie panowała taka cisza w mediach o Andrzeju, że doszedłem z synem do wniosku, iż trzeba taki festiwal zorganizować” – wspomina Wolsztyński. „A skoro nikt w Krakowie nie chciał nam pomóc w jego organizacji, zrobiliśmy go sami w Bydgoszczy, naszym rodzinnym mieście. Co roku mamy wielkie gwiazdy, w tym przyjaciół Andrzeja, a Opera Nova pęka w szwach. Staramy się też jeździć po Polsce z koncertami, by nie zapomniano, że kiedyś był u nas tak dobry artysta, jak Andrzej Zaucha„. Karierę zaczął w latach 60., od gry na perkusji w amatorskim zespole Czarty. Później został solistą grupy Telstar. Nie był tylko piosenkarzem. Jako muzyczny samouk, grał na różnych instrumentach, w tym na perkusji i saksofonie altowym. „To był talent, który nie rodzi się na kamieniu. Grał dobrze na perkusji, saksofonie i harmonijce, ale gdyby posiedział przy klawiaturze, też błyskawicznie opanowałby ją” – przypomina Andrzej Sikorowski. „Andrzej miał świetny warsztat. Przesuwał się w kierunku jazzu. Jeździł do Szwajcarii, gdzie dużo nauczył się” – ocenił Krzysztof Piasecki. Zbigniew Wodecki, który przyjaźnił się z artystą, podkreślał, że „Andrzej Zaucha wcale nie potrzebował muzycznego wykształcenia, gdyż miał wszystko we krwi. Śpiewał świetnie, ale bardzo długo był niedoceniany przez środki masowego przekazu. Często jeździliśmy na wspólne koncerty, tak zwane chałtury, czasem po pięć dziennie, w różnych zakładach pracy. Czułem, że miał niedosyt, że chciałby być doceniany przez ludzi. Środowisko, oczywiście, wiedziało, że to świetny facet, muzykalny bardzo. Nut nie znał, ale grał na bębnach, na saksofonie uczył się, a przede wszystkim śpiewał. Wiedział wszystko, co trzeba. Miał feeling, świetną barwę głosu, bardzo charakterystyczną. I pod koniec naprawdę zaczęło mu się zawodowo układać. Zagrał w filmie „Trzy dni bez wyroku” Wojciecha Wójcika z 1991, rolę drugoplanową, ale był w niej tak charakterystyczny, że gdyby to powstało w Hollywood, może i dostałby Oscara. To było takie zwierzę sceniczno-ekranowe. Jednocześnie miał wszystkie ludzkie cechy, w tym tremę. Bardzo się denerwował. Był prawdziwy w swoich przeżyciach”. Obaj artyści poznali się jeszcze w końcówce lat 60., kiedy Zaucha śpiewał w krakowskim jazz-rockowym zespole Dżamble. „To znakomita kapela, grająca bardzo nowocześnie, jak na tamte czasy. Na dzisiejsze też. Podziwialiśmy ją w krakowskich Jaszczurach”. To właśnie Zbigniew Wodecki był w pewien sposób ojcem chrzestnym sukcesu Zauchy. „Pewnego razu, po nagraniu „Chałupy Welcome to” w 1986, Rysiu Poznakowski postanowił napisać następny numer w tym klimacie – „Pij mleko” (oryginalny tytuł „Baw się lalkami”). Nie za bardzo chciałem już śpiewać tego typu numery, więc powiedziałem Poznakowskiemu, że znam świetnego gościa, który może to zrobić. Rysiu doskonale się wtedy zachował i pozwolił Andrzejowi nagrać to. Była to pierwsza piosenka, która wrzuciła go na antenę. Ludzie zaczęli wreszcie słyszeć o Zausze” – wspominał Zbigniew Wodecki. Piotr Baron: „Zaucha był pierwszym – i póki co ostatnim – człowiekiem w Polsce, który śpiewał po męsku. Śpiewał jak Frank Sinatra, Ray Charles. Nie piszczał, unikał melizmatów, scat stosował tylko wtedy, gdy była taka potrzeba, a słyszał jak pies o północy. To, jak ten facet słyszał wszystko, co się dzieje w muzyce, to życzę takiego słuchu wszystkim najgroźniejszym muzykom. A oprócz tego, miał świetne poczucie rytmu, był urodzonym „swing manem”. Podziałkę swingową stosował w sposób naturalny, nie musiał się tego uczyć. On po prostu wiedział, co zrobić, żeby wszystko na scenie się bujało. Każde granie z Zauchą to było święto”. Jarosław Śmietana: „A co najdziwniejsze, Andrzej miał doskonałą angielską wymowę. Śpiewał tak, jakby był urodzony w Stanach. Tymczasem angielskiego długo, długo nie znał ni w ząb. Dopiero później, w latach 80., opanował podstawy tego języka, ale tylko na poziomie, który zapewniał mu niezbędną komunikację. Okropną jego wadą było to, że równie dobrze czuł się w utworze „Pij mleko”, jak i „Body and Soul”. Gdyby Andrzej żył, na pewno końcu rozwinąłby skrzydła jako jazzman, a ja, zamiast wydawać fortunę na ściąganie gwiazd z zagranicy, miałbym jedną swoją na miejscu”. Jan Kanty Pawluśkiewicz: „Po trzech próbach do opery „Kur zapiał” okazało się, że Zaucha jest najlepszym muzycznie wokalistą operowym. Wydawało się, że nie będzie integracji towarzyskiej czy muzycznej, ale całe towarzystwo operowe zaczęło garnąć się do swojego najlepszego solisty, czyli Zauchy. Zaucha w środku, a dookoła wianuszek solistów z opery. Poza tym okazało się, że jest bardzo dobrym aktorem. On o tym nie wiedział i myśmy też nie wiedzieli. To było niesamowite odkrycie. Potem powtórzyliśmy tę operę w wersji kameralnej, i on już się czuł w niej jak ryba w wodzie. Szalał z pomysłami. Krzysiek Jasiński mówił, że w zasadzie jest bezradny przy takiej inwencji aktorskiej, przy tylu propozycjach, które były śmieszne, idealnie wkomponowane w akcję i tekst”. Andrzej Sikorowski: „Andrzej to był człowiek, który nikomu nie odmawiał. Przyjmował wszystkie propozycje, zarabiał pieniądze. Jego błędem było to, iż nie postarał się, by nagrać w swoim życiu jedną, dobrą, rzetelną, stylistycznie osadzoną płytę. Tu zaśpiewał jakieś przedwojenne szmoncesy, tu trochę jazzu, „Alibabę”, natomiast nie zadbał nigdy o to, by usiadła grupa ludzi i napisała specjalnie dla niego utwory. Wszyscy, za pozwoleniem – nie wymienię nazwisk, próbowali na nim lansować „swoje” rzeczy. A tak naprawdę, nikt nic nie robił specjalnie dla niego”. C’EST LA VIE Scena to jedno, życie – co innego. Życie upływało Zausze na podróżach i spotkaniach. Wesołe piosenki i teledyski, bogate życie towarzyskie, swojska dusza. Krzysztof Haich, reżyser teledysków Andrzeja Zauchy, wspominał: „Wszyscy, z którymi realizowałem różnego rodzaju materiały, w tym również film, jaki zrobiłem po śmierci Andrzeja, mówią to samo: To był bardzo ciepły człowiek, z którym chciało się konie kraść. Właściwie, mało kto potrafił sobie go przypomnieć zdenerwowanego, niechętnego, opryskliwego. Andrzej nie znał chyba takiego stanu ducha”. Teledyski Andrzeja Zauchy, wyreżyserowane przez Krzysztofa Haicha, z pewnością miały wpływ na jego popularność. Były i nietypowe, i bardzo wesołe, i zarazem miały fabułę. „Andrzej zawsze miał sporo własnych koncepcji, na ogół żartobliwych, którymi uzupełniał moje propozycje. W teledysku do „Baw się lalkami”, czyli inaczej „Pij mleko”, o co innego chodziło autorowi tekstu, ale ja to wszystko przesunąłem w kierunku mleka, właściwie do dziś nie wiem dlaczego. W momencie, kiedy powiedziałem o tym Andrzejowi, on wpadł na pomysł ubrania się w dość długi płaszcz i włożenia do wewnętrznych kieszeni butelek mleka. Takich szklanych, litrowych, jakie wtedy były. Powkładał trzy butelki do lewej poły, trzy do prawej. Ujęcie, kiedy chodzi po rynku i rozchyla te poły, było dość kontrowersyjne, bo w normalnej rzeczywistości kojarzy się z zachowaniem ekshibicjonistycznym. Przyznaję, że panienki reagowały na początku różnie”. Reżyser zapamiętał też zabawną scenę z pracy nad teledyskiem do „Julo, czyli Mus męski blues”: „Kręciliśmy to we wnętrzu wielkiego tira, który jechał po autostradzie, a w jego środku trwała balanga. Andrzej wcielił się w kierowcę, który zabierał po kolei autostopowiczki, więc w środku miał gromadkę pięknych dziewczyn. Oczywiście, kiedy kręciliśmy zdjęcia w środku, tir stał na parkingu. Mieliśmy w nim podpięte światło, które w pewnym momencie padło. Wtedy Andrzej zainscenizował spontaniczną imprezę przy świecach. I w tych ciemnościach nagle zaczęło to być prawdziwe. Uznał pewnie, że do niego należy utrzymanie atmosfery. Nie dość, że ją utrzymał, to jeszcze znakomicie podkręcił. Jednak miał też pewne ograniczania w swoich działaniach. Kiedy kręciliśmy teledysk do „Magia to ja”, wymyśliłem sobie, że go postarzę – przysiwię włosy, dodam zmarszczek, zrobię takiego starszego Andrzeja. I on mi wtedy powiedział: „Słuchaj, nie róbmy tego, ja nie chcę wyglądać staro”. Przypomniałem to sobie po tym dramacie październikowym, i tak mi zostało w głowie, że nigdy nie zobaczymy Andrzeja starego”. I dalej: „On był w stanie zaśpiewać wszystko – od opery (bo „Kur zapiał” można uznać za swego rodzaju operę), poprzez jazz, z którego na dobrą sprawę wyszedł, blues, rock i cały pop. Na dodatek, błyskawicznie wszystkiego uczył się. Kiedy miał w Warszawie nagrać duet z Danutą Rinn, wsiadł do mercedesa, przyjechał i zrobił to bez jednego dubla, a następnie od razu wrócił do Krakowa, bo miał przedstawienie. Gdy w studiu padło pytanie: „Dubelka?”, Andrzej odrzekł: „Po co dubelka skoro jest dobrze?” Zbigniew Wodecki nazywał przyjaciela człowiekiem bardzo otwartym i zarazem doskonałym kompanem do nocnych pogaduszek. „Świetnie się z nim gadało do rana, a potem wspólnie leczyło kaca. Myśmy to często robili, bo takie było życie. Wszyscy bardzo dużo kiedyś piliśmy. A na koniec jedliśmy śledzia, którego też trzeba było popić, by się nie zatruć. To był „man”! Jego nie dało się nie lubić. Taki diabełek. A nawet, jeśli przegiął, potrafił przeprosić. W tego typu pracy, kiedy jeździ się po nocach i ma się różne stresy, każdemu zdarza się coś chlapnąć. Ale jeśli mu zdarzyło się parę razy, to na drugi dzień, jak sobie wszystko przemyślał, podchodził i stać go było, by powiedzieć: Stary, przepraszam”. Wodecki zapamiętał trzy rejsy Stefanem Batorym po zatoce, każdy trwający po cztery dni. „Myśmy z Andrzejem, śpiąc w jednej kajucie, byli jak bracia. Pamiętam sztorm z taką falą, że wszyscy, włącznie z marynarzami, mieli chorobę morską. A myśmy przez te noce we troje z barmanem siedzieli przy barze i śpiewali kolędy na trzy głosy. Zero choroby”. Jak podkreślał Andrzej Sikorowski, „Zaucha, choć był duszą towarzystwa, lubił spotykać się przede wszystkim w domach czy mieszkaniach, a nie w miejscach publicznych, jak kawiarnie czy restauracje. Andrzej należał do „kameralistów”, którzy nie lubią dużego tłumu ludzi – oczywiście, poza koncertami. Był osobą popularną i świetnie umiał radzić sobie z popularnością restauracyjną, kiedy podchmieleni ludzie zaczepiali go i strasznie chcieli się z nim napić. Bardzo taktownie im odmawiał. Ale wolał w ogóle takich sytuacji unikać”. Lider grupy Pod Budą zwracał uwagę, że Zaucha nigdy nie upijał się: „Jego organizm chyba był tak wydolny, że do tego nie dochodziło. Przynajmniej nie było tego po nim widać. Był po alkoholu wylewny i przyjacielski, nie miał w sobie cienia agresji. Z nim bardzo dobrze biesiadowało się. Wynikało z tego dużo radości, dowcipów, uśmiechów i przyjacielskich odruchów”.. Andrzej Zaucha musiał trochę poczekać na prawdziwą popularność. DŻAMBLE W latach 1969-1971 Andrzej Zaucha był wokalistą jazz-rockowego zespołu Dżamble. Grupa powstała w 1966 i od początku związana była z Piwnicą pod Baranami. Wykonywali własne wersje standardów, jak „My Funny Valentine”, a także jazzujące piosenki. Pierwszy skład zespołu tworzyli Jan Kaleta (śpiew), Wiesław Wilczkiewicz (gitara), Jerzy Horwath (klawisze), Tadeusz Gogosz (gitara basowa), Jan Budziaszek (perkusja), Edward Anioł (saksofon tenorowy) i Czesław Styczeń (puzon). Wystąpili na Zaduszkach Jazzowych ’66. Przerwali działalność w lutym 1967. Jesienią 1968 Dżamble reaktywowały się, pod patronatem krakowskiego Jazz Clubu Helikon. Trzon grupy tworzyli Jerzy Horwath (klawisze), Marian Pawlik (gitara basowa) i Benedykt Radecki (perkusja). Na początku 1969 dołączył do nich utalentowany samouk, Andrzej Zaucha. Od tego momentu skład grupy ustabilizował się. Rok 1969 okazał się przełomowy dla Dżambli. Muzycy wystąpili na kilku ważnych festiwalach muzycznych, Jazz nad Odrą ’69 (nagroda specjalna oraz nagroda indywidualna dla Zauchy), Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie (I nagroda dla Zauchy), Młodzieżowym Festiwalu Muzycznym w Rybniku i Chorzowie (I nagroda dla zespołu, II i III – dla Zauchy). Wzięli udział także w koncercie „Popołudnie z młodością” podczas festiwalu w Opolu oraz Jazz Jamboree ’69. W czerwcu 1969 Dżamble dokonały pierwszych nagrań dla Młodzieżowego Studia Rytm w Warszawie oraz Rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie. Wzięli również udział w programie „Telewizyjny ekran młodych”. Kolejne ważne koncerty to występy w Sali Kongresowej, jako support The Marmalade, a także podczas „Casino Jazz at Night” w Sopocie i na Zaduszkach Jazzowych w Krakowie ’70. Ponadto zespół koncertował na Węgrzech i w Czechosłowacji. Muzycy Dżambli umiejętnie łączyli brzmienie jazzu z rockiem i rhythm and bluesem, stając się czołowym przedstawicielem tego nurtu w Polsce. Sięgali także po teksty znanych poetów – Leszka Aleksandra Moczulskiego czy Jerzego Ficowskiego. Jesienią 1970 zespół opuścił Benedykt Radecki, a jego miejsce zajął Jerzy Bezucha. W lutym 1971 ukazała się debiutancka płyta grupy – „Wołanie o słońce nad światem”. Płyta była bogata brzmieniowo i instrumentalnie. Dojrzałe teksty utworów, oryginalność kompozycji i łatwo rozpoznawalny styl Zauchy, stanowiły o wysokiej pozycji dzieła. Płyta zyskała sobie natychmiast dużą popularność. Złożyło się na nią 9 kompozycji z lat 1969-1970. Teksty utworów zostały napisane przez znanych krakowskich poetów tamtego okresu, a muzykę skomponowali sami członkowie zespołu. Na albumie wystąpili: Andrzej Zaucha – vocal Jerzy Horwath – piano, organ Marian Pawlik – guitar, bass guitar Jerzy Bezucha, Benedykt Radecki – drums Guests: Michał Urbaniak – soprano sax, tenor sax, baritone sax, electric violin Janusz Muniak – soprano sax, tenor sax, flute Zbigniew Seifert – alto sax Tomasz Stańko – trumpet Marek Ałaszewski, Marek Pawlak – vocal Jerzy Bartz, Józef Gawrych – percussion String Quartet, Vocal Quartet, Scouts – backing vocals „Wołanie o słońce nad światem” Full Album 1971 Dżamble z Zauchą występowały w telewizji i na estradach w całej Polsce: Andrzej Zaucha & Dżamble – „Rambling on My Mind”, Live TV 1971 (zapowiada Andrzej Trzaskowski) Andrzej Zaucha & Dżamble – „Naga rzeka”, Audio Andrzej Zaucha & Dżamble – „Szczęście nosi twoje imię”, Audio Andrzej Zaucha & Dżamble – „Wymyśliłem ciebie”, TV Video 1990 Andrzej Zaucha – vocal Jerzy Horwath – piano, keyboards Marian Pawlik – bass guitar Grzegorz Schneider – drums Dżamble rozpadały się i odradzały, pod koniec 1978. Zausze, Pawlikowi i Radeckiemu towarzyszyli wówczas Wiesław Wilczkiewicz (gitara), Ryszard Styła (gitara), Stefan Sendecki (instrumenty klawiszowe) i Ryszard Kwaśniewski (saksofon, klarnet). Po jakimś czasie, Mariana Pawlika zastąpił jego brat, Andrzej Pawlik. W tym składzie grupa dawała koncerty i uczestniczyła w nagraniach własnych oraz innych wykonawców – Maryli Rodowicz czy zespołu Maanam. Nigdy jednak nie odzyskali już dawnej popularności, czego konsekwencją było ostateczne zakończenie działalności w 1981. ANAWA W 1972 Andrzej Zaucha związał się z zespołem Anawa. Został zaproszony przez Jana Kantego Pawluśkiewicza i zajął miejsce Marka Grechuty, po rozstaniu formacji z Grechutą, Ostaszewskim i Jackowskim. Andrzej wystąpił na płycie „Anawa” z 1973, z muzyką Pawluśkiewcza. Zespół postanowił nagrać album koncepcyjny, na temat człowieczeństwa. Pawluśkiewicz dał tu wyraz swoim ówczesnym upodobaniom, mieszając poezję (głównie Leszka Aleksandra Moczulskiego) z awangardą i jazz rockiem. Na tym albumie Zaucha nie tylko śpiewał, ale także grał na perkusji: Anawa & Andrzej Zaucha – „Abyś czuł” from „Anawa”, Audio 1973 Grupa była jednym z uczestników koncertu, towarzyszącego igrzyskom olimpijskim w Monachium, oraz atrakcją najważniejszych imprez kulturalnych środowiska akademickiego. Uczestniczyli w Studenckiej Wiośnie Estradowej ’73 oraz w Inter Copernikaliach. Ich piosenki często gościły na radiowej antenie i w programach telewizyjnych: Andrzej Zaucha & Anawa – „Nie przerywajcie zabawy”, Official Video 1973 Andrzej Zaucha & Anawa – „Tańcząc w powietrzu (Linoskoczek)” , Official Video 1973 Andrzej Zaucha & Anawa – „Abyś czuł”, Official Video 1973 Anawa & Andrzej Zaucha – „Kantata”, Official Video 1973 KARIERA SOLOWA Karierę solową Zaucha rozpoczął w 1980, po paru latach zarobkowych występów zagranicznych. Wziął udział w śpiewogrze Katarzyny Gärtner „Pozłacany warkocz” z 1980. Współpracował z czołówką polskiego jazzu nowoczesnego, z zespołem EXTRA BALL JAROSŁAWA ŚMIETANY: Andrzej Zaucha & Extra Ball – „Dwa kroki w chmurach”, Official Video 1983 Andrzej Zaucha & Extra Ball – „How High the Moon”, Live 1983 Andrzej Zaucha & Extra Ball – „Sen o tamtym lecie”, Audio 1983 Andrzej Zaucha & Extra Ball – „Król bójek w dyskotece”, Audio 1983 a także z zespołami jazzu tradycyjnego – Beale Street Band, Playing Family, jako wokalista, oraz Old Metropolitan Band, jako perkusista. Związany był z zespołami rockowymi – Grupa Doctora Q, Kwadrat i Kasa Chorych: Kasa Chorych i Andrzej Zaucha – „Blues o rannym wstawaniu”, Audio Po występach na Festiwalu w Opolu w latach 1985-1990, Andrzej Zaucha stał się jedną z największych gwiazd polskiej muzyki rozrywkowej: „Byłaś serca biciem” – Live in Opole 1988 „Blondynka” – Live in Opole 1988 „Siódmy rok” – Live in Opole 1988 „Bądź moim natchnieniem” – Live in Opole 1988 „Jeśli chodzi o estradę, to Andrzej wszystko potrafił. Był, można powiedzieć, showmanem w hollywoodzkim stylu. Poruszał się z łatwością w każdym gatunku muzycznym, frazował jak jazzman, a skalą głosu mógł wpędzić w kompleksy niejednego śpiewaka operowego” – wspominał Andrzej Sikorowski. Zaucha dokonał licznych nagrań dla Archiwum Polskiego Radia, a także do filmów i seriali, „Przybysze z Matplanety” i „Gumisie”. Wystąpił w epizodycznych rolach w filmach „Miłość z listy przebojów” (reż. Marek Nowicki), „Misja specjalna” (reż. Janusz Rzeszewski) i „Trzy dni bez wyroku” (reż. Wojciech Wójcik). Zagrał w bufet-operze „Kur zapiał” (muz. Jan Kanty Pawluśkiewicz, libretto Wiesław Dymny), w śpiewogrze „Pozłacany warkocz” (muz. Katarzyna Gaertner, libr. T. Kijonka) i w musicalu „Pan Twardowski” (muz. Janusz Grzywacz, libretto Krzysztof Jasiński). „Wszystkie stworzenia duże i małe” z 1983 to pierwszy autorski album Andrzeja Zauchy. Został nagrany z udziałem zespołu Grupa Doctora Q i zaproszonymi gośćmi. Lista utworów: „Spocznij, Kapturku, zaraz cię zjem, czyli marzenia głodnego wilka”, „Świat przyrody ma swe prawa”, „Żywej mowy dźwięk”, „Miauczy, kwiczy”, „Who Is Who, czyli kto jest kto”, „Z naturą trzeba się zżyć”, „Wszystkie stworzenia duże i małe”, „Tak się czuję”, „Izba przyjęć Doktora Q”, „Za to mi płacą”. Wystąpili: Grupa Doctora Q Winicjusz Chróst – guitar Marek Stefankiewicz – keyboards Arkadiusz Żak – bass guitar Adam Lewandowski – drums Guests: Wojciech Karolak – electric piano, Minimoog, clavinet Henryk Miśkiewicz – alto sax Józef Skrzek – Polymoog, Minimoog, clavinet Ewa Bem – vocal „Wszystkie stworzenia duże i małe” – Andrzej Zaucha i Ewa Bem, Audio 1983 „Z naturą trzeba się zżyć” Audio 1983 Płyta „Stare, nowe, najnowsze” z 1987, drugi album Zauchy, zawierał utwory z lat 1980-1987: „Bezsenność we dwoje”, „Myśmy byli sobie pisani”, „C’est La Vie – Paryż z pocztówki”, „W złotych kroplach deszczu”, „Nie uciekaj mi”, „Jak na lotni”, „Baw się lalkami”, „Póki masz nadzieję”, „Wilczy bilet”: „Póki masz nadzieję” from „Stare, nowe, najnowsze” 1987 Trzeci album, „Andrzej Zaucha”, został nagrany z 21-osobowym Big Bandem Wiesława Pieregorólki w 1987, w Radiu Szczecin, i wydany w 1989 przez Polskie Nagrania Muza. Lista utworów: „Variations on the 'Eye’ Rhyme”, „Love Shining Through”, „Butterfly of Love II”, „Beware of the Music Man”, „I Run for My Life”, „The Second Time Around”, „C’est La Vie – Just a Pipe Dream”. Muzycy: Andrzej Zaucha – vocal Wiesław Pieregorólka – synthesizer, conductor Wojciech Karolak – keyboards Henryk Miśkiewicz, Janusz Muniak, Tomasz Szukalski, Waldemar Kurpiński, Paweł Dalach, Wiesław Wysocki – sax Henryk Majewski, Robert Majewski, Mieczysław Pawelec, Wacław Smoliński, Janusz Kania – trumpet Jerzy Wysocki – guitar Ryszard Sygitowicz – acoustic guitar Dariusz Macioch, Waldemar Wachała, Andrzej Życzyński – trombone Mariusz Bogdanowicz – bass Adam Buczek, Mirosław Żyta – drums Choir in „C’est La Vie – Just a Pipe Dream” „Variations on the 'Eye’ Rhyme”, Live TV 1987 „Love Shining Through” Live TV 1987 „C’est La Vie – Just a Pipe Dream”, Audio 1989 Również w 1989, Studio Malachitowa wydało kasetę, która dopiero w 1992 ukazała się w formie albumu – „Byłaś serca biciem”. Skład na płycie: Andrzej Zaucha – vocal Jerzy Jarosław Dobrzyński – keyboards, sax Zbigniew Matecki – guitar Anna B., B. Skinder, Dobrzyński, Jola Jaszkowska, Zbigniew Książek – backing vocals „Myśmy byli sobie pisani”, Live in Opole 1986 „Piosenka na przebudzenie”, Live TV 1989 „Ostatnia płyta” z 1992 była faktycznie ostatnią w karierze Andrzeja Zauchy. Została wydana przez Selles Records w 1992, już po śmierci artysty. Oprócz znanych utworów, jak „Myśmy byli sobie pisani”, „Siódmy rok” i „Byłaś serca biciem”, album zawierał także mało znane, jak „Piosenka z klawesynem”, „O cudzie w tancbudzie” czy „Rocznicowa piosenka dla Elżbiety i smoka”. Inne wydawnictwa płytowe z udziałem Andrzeja Zuchy, to „Kolędy w Teatrze STU – Halina Frąckowiak, Alicja Majewska, Andrzej Zaucha, Włodzimierz Korcz” z 1991 oraz „Dżamble i Andrzej Zaucha” z 1993 a także wiele składanek i wznowień, w tym „Andrzej Zaucha” 1991, „Drzazgi” 1992, „Czarny Alibaba” 1999, „C’est La Vie” 2004, „Byłaś serca biciem” 2004, „Andrzej Zaucha” 2012, „2 CD z 4-ch kultowych winyli” 2012, „Nieobecność & C’est La Vie” ‎2013, „The Very Best Of” 2015, „C’est La Vie” 2016 oraz „Byłaś serca biciem” 2019. 5-płytowy box „C’est La Vie” z 2004 to unikalny zestaw, wydany przez Universal Music Polska. Zawiera wszystkie największe przeboje Andrzeja Zauchy, zarówno z okresu współpracy z zespołem Dżamble, jak i kariery solowej. To wydawnictwo jest prawdziwą perłą. TRIO SAMI Po nagłej śmierci żony Elżbiety, artysta bardzo zbliżył się do rodziny Andrzeja Sikorowskiego. Potrzebował bliskości ludzi, także ze względu na to, że wychowywał córkę: „Wcześniej obowiązki wychowawcze sprawowała jego małżonka. On był przecież ciągle poza domem. Taki jest nasz zawód, że cały czas jesteśmy gdzieś, w drodze. I nagle spadł na niego dosyć poważny ciężar. Andrzej szukał bliskości, porady, jakiejś otuchy w tym całym nieszczęściu. I wtedy zaczęliśmy być blisko. Wtedy właśnie powstało trio Sami, z Zauchą, Piaseckim i ze mną. Zaczęliśmy jeżdzić po Polsce z tym programem, na początku bardzo mocno improwizowanym. Byliśmy ze sobą nie tylko w chwilach wolnych, ale w i pracy. Prawie nie rozstawaliśmy się. Czuję pewien żal do losu, że Andrzeja nie ma. Odnoszę wrażenie, że miałby cały czas sporo do zaśpiewania, ze względu na wyjątkowy talent wokalny, jakim go los obdarzył, i wyjątkową muzykalność. Myślę, że w dalszym ciągu byłby czynnym estradowcem, a może nawet udawałoby nam się czasami coś razem zaśpiewać”. Piosenki Andrzeja Zauchy: „Bezsenność we dwoje” Official Video 1980 „C’est la vie – Paryż z pocztówki” Official Video 1985 Łucja Prus i Andrzej Zaucha – „Umówmy się na stare lata”, Live in Opole 1985 „Dzień dobry, Mr Blues”, Live in Opole 1985 Hanna Banaszak & Andrzej Zaucha – „Chwile”, Live 1986 „Daj” – Live in Opole 1986 „New York, New York” Live 1986 „Baw się lalkami” Live in Opole 1986 „Bądź moim natchnieniem” Official Video 1987 Sounds Jarosława Śmietany – „How High the Moon” / „Ornithology”, Live TV 1987 Jarosław Śmietana – electric guitar Antoni Dębski – bass guitar Piotr Baron – tenor sax, soprano sax, synthesizer Jacek Pelc – drums Andrzej Zaucha – vocal, percussion „Misty” Live TV 1987 „Czarny Alibaba” – Live in Opole 1987 Andrzej Zaucha & Alibabki – „Wakacje z blondynką”, Live 1988 „Byłaś serca biciem” Live in Opole 1988 „Siódmy rok” – Live in Opole 1989 „Anioł mówił do chłopaków”, Official TV 1989 Andrzej Zaucha & Ryszard Rynkowski – „Ach, te baby” Opole 1990 „Już taki jestem zimny drań” Live in Opole 1990 „Georgia on My Mind” – Live in Teatr STU 1991 „Every Day I Have the Blues” – Andrzej Zaucha & Jarosław Śmietana All Stars, Live 1991 Andrzej Zaucha i Alicja Majewska – „Sunrise, Sunset”, Live 1991 „Mus, męski blues” – Live in Opole 1991 YVES GOULAIS Zazdrosny mąż 11 grudnia 1992 otrzymał za swój czyn wyrok 15 lat więzienia. Kolejno odbywał karę w więzieniach w Krakowie, Nowej Hucie, Trzebini i Warszawie. W trakcie pobytu za kratami skończył filologię polską, kręcił filmy krótkometrażowe, w których grali więźniowie i strażnicy. W więzieniu w Nowej Hucie-Ruszczy założył Studio Filmowe „Zza Krat”, pod którego szyldem powstały filmy „Wyjście” i „Więzienne sny samochodziarza Harry’ego”. Nie odsiedział całego wyroku, został zwolniony kilkanaście miesięcy przed końcem kary. 1 grudnia 2005 Goulais opuścił areszt śledczy w warszawskiej Białołęce, na mocy warunkowego zwolnienia. Zmienił nazwisko, pracuje w branży filmowej jako scenarzysta, mieszka w Warszawie. Andrzej Zaucha spoczął obok żony, na cmentarzu Prądnik Czerwony (cmentarz Batowicki) w Krakowie. [*] Fot. East News / Marek Karewicz / Grzegorz Rogiński / Krzysztof Widerski Odeszli • numer podkładu: 6097 Dżamble (Andrzej Zaucha) OpisW 1966 roku w Krakowie powstała polska grupa jazz-rockowa, która przyjęła nazwę DŻAMBLE. W pierwszym składzie na perkusji grał późniejszy członek Skaldów, Jan Budziaszek. W lutym następnego roku grupa się rozpadła, by aktywować się na jesienne Zaduszki Jazzowe i znów zawiesić działalność. Po roku grupa zaczęła znowu działać, doszedł do kapeli w roli wokalisty Andrzej Zaucha i tak w roku 1971 doszło do nagrania jedynego longplaya 'Wołanie o słońce nad światem'. Z tego też wydawnictwa pochodzi kawałek, do którego podajemy podkłady MIDI i audio/mp3 - WYMYŚLIŁEM CIEBIE. Polecamy! Fragment tekstu:WYMYŚLIŁEM CIEBIE - Dżamble (Andrzej Zaucha) Tonacja e-moll Dzisiaj nagle wymyśliłem ciebie, twoje imię zadźwięczało we mnie... Choć tyle innych jest, znam tylko jego dźwięk. Do mnie mów najłagodniej, jak tylko ty potrafisz, i podaj rękę spłoszoną szczęściem nagłym. Dla ciebie usta moje i ciepło mojej dłoni, a potem przyjdą noce, jak psy wierne, pod nasz dom. / instrumental / Jaką drogę wybierzemy razem? Spłonął wieczór w horyzoncie gwi...

grupa jazz rockowa z zaucha